Po co ten cały strach?

Ludzie się boją. Nie tylko ciemności, śmierci i biedy. Boją się wszystkiego. Ostatnie badania naukowców z Ameryki Południowej wykazały, że więcej ludzi czuje mocniejszy strach przed przemówieniem publicznym, niż przed śmiercią. Idąc chłopską logiką można powiedzieć, że ludzie Ci woleliby już umrzeć, niż wyjść na scenę przed setki ludzi i otworzyć jadaczkę. Żałosne? To posłuchajcie podsumowania tego faktu przez coacha biznesu, Miłosza Brzezińskiego na antenie Radiowej Czwórki: „Wystąpienia publiczne są straszniejsze od śmierci, bo wraz z nią wszystko się kończy, a po wystąpieniu publicznym trzeba dalej żyć”. Czyżby było aż tak źle?

Wszystko, co robimy w życiu jest obłożone strachem. Od pierwszej jazdy na rowerze, poprzez pierwszy seks z kobietą, aż do spłodzenia dzieci i śmierci. Wymyślamy miliardy czynników, bardziej lub mniej realnych, które mogą zaburzyć nasz spokój ducha. Nie śpimy przez nie, nie robimy tego, na co mamy ochotę, nie żyjemy pełnią życia. Boimy się, nie ryzykujemy i uczymy się cieszyć tym, co mamy, aby czasem przesadnie dużo od życia nie wymagać. Bo wiadomo – kolejne wymagania rodzą kolejne fobie, a poziom strachu zdaje się rosnąć wykładniczo. Im więcej go w naszym życiu, tym coraz mocniej i mocniej go odczuwamy. Tylko czy na pewno warto go odczuwać?

Spójrzmy na to, czego tak naprawdę się boimy.

  • Boimy się oceny innych ludzi. – to najważniejszy punkt. Dlatego też nie podejdziesz do dziewczyny z ulicy i nie zaprosisz ją na randkę, bo boisz się, jak Cię oceni. Nie dotkniesz jej po męsku, bo przecież dostaniesz w mordę. Nie wyjdziesz naprzeciw kilkusetosobowej widowni i nie wygłosisz swojego przesłania, ponieważ obawiasz się, że dasz plamę. Nie podejdziesz do egzaminu ustnego, bo profesor może ocenić Cię negatywnie. Wreszcie nie wyślesz swojego planu firmy do inwestora bo żyjesz w strachu, że pogrąży on Twoją ideę od góry do dołu.
  • Boimy się straty – ludzie z rodziny umierają, ale pal licho z tym – akurat na to niewiele możemy poradzić. Pieniądze uciekają z portfela – tu już można zrobić więcej. Nie powinny uciekać. Powinny być tam na stałe i najlepiej bezpiecznie się mnożyć. Dlatego nie inwestujemy i nie ryzykujemy, bo szkoda ewentualnie stracić. Nie mówimy o problemach w związku, bo przecież partner może od nas odejść. Nie wychylamy dzioba przed szereg, bo możemy stracić pozycję, na którą pracowaliśmy tak długo. Unikamy kontrowersji…
  • Boimy się też sami siebie – tracimy kontrolę pod wpływem wódy i fajek, a w naszej głowie pojawiają się głupie pomysły, których przecież nie powinniśmy realizować. Odwalamy głupie rzeczy, a potem ich żałujemy, bo tak nie powinno się robić. Nie ufamy sobie i przez to uzewnętrzniają się nasze inne lęki związane z byciem ocenianym i stratą. I tak w kółko, aż do ostatecznej straty, czyli śmierci. Naprawdę?

O co, do cholery, w tym strachu chodzi?

Zdaje się, że ostateczną i absolutną przyczyną strachu jest lęk przed pogorszeniem się naszego statusu życiowego. Z tym, że nie jest to tak naprawdę realne i obiektywne pogorszenie. To po prostu zmiana sytuacji in minus według nas samych, według naszych norm i przyjętych miar. To znaczy, że dla muzułmanina z wioski na Saharze pogorszeniem się statusu życiowego będzie zmniejszenie liczby posiadanych kóz, a dla polskiego studenta z kompleksami – niezaliczony egzamin lub odrzucenie przez ładną kobietę na randce. Ten ostatni stan nie wystąpi już na przykład u Roberta Pattinsona, który za 15 minut umówi się z jeszcze ładniejszą kobietą, ale za to on będzie bał się trudnej sceny w kolejnym swoim filmie, o którym student nie ma jeszcze zielonego pojęcia.

Strach nie jest też tylko i wyłącznie nasz, własny, nabyty. Społeczeństwo wpaja nam normy, według których powinniśmy postępować i to również one go kształtują. To ten najgorszy możliwy rodzaj strachu, o którym mówił Miłosz Brzeziński w Radiowej Czwórce – taki, z którym trzeba żyć. Jeśli zostaniesz raz źle oceniony przez publikę, nie ma już żadnych szans na to, abyś to naprawił. Bo ludzie uwielbiają mieć cel, na którym można wyładować złe emocje i na który mogą wskoczyć, zostawiając na chwilę swoje nędzne życie. Dlatego też np. Michael Jackson przez część swojego życia zmagał się z oskarżeniami o pedofilię, a niektórzy kretyni nawet po śmierci obwiniają go o kontakty seksualne z dziećmi.

Strachem ciężko się nie przejmować. Faktycznie jest coś z tym, że umieramy raz i to koniec, a z piętnem musimy żyć. Tylko pytanie nasuwa się jedno – czy naprawdę musimy z tym żyć? Ta kwestia, okazuje się, jest jeszcze bardziej subiektywna, niż sam strach i wymaga odpowiedzi na jedno niezwykle ważne pytanie: Czy naprawdę chcesz spędzić życie przejmując się każdym swoim czynem i pokutując za niego tysiąckrotnie?

Wbrew pozorom druga część pytania nie jest wcale przesadzona, bo wymierzona nam przez społeczeństwo i siebie samych kara jest w 99% nieadekwatna do popełnionych przez nas czynów (pozostały 1% zostawiam dla morderców, złodziei i innych ludzi, którzy złamali realne, a nie iluzoryczne, społeczne prawo). Jak pokorne psy akceptujemy piętno, dajemy sobie podcinać skrzydła i zatracamy się w beznadziejnym życiu w obawie przed głupim strachem.

A gdyby tak zrobić to inaczej? Wyobraź sobie, że nie boisz się straty, oceny ani samego siebie.

Spróbuj wyobrazić sobie, jakie łatwe byłoby wtedy życie. Idziesz na randkę i widzisz, że się jej podobasz. Spełniasz wszystkie swoje zachcianki. Dotykasz kiedy i gdzie chcesz, całujesz kiedy chcesz, rozmawiasz o czym tylko masz ochotę, mając gdzieś wszelkie tematy tabu. Nie boisz się oceny ani jej samej, ani podstarzałej babci siedzącej przy stoliku obok. Oj, auć, dostałeś w mordę? Nic nie szkodzi, masz to w dupie. Idziesz dalej przed siebie, jak nie ta, to następna. To ona traci, nie Ty. To ona jest zamknięta w konwenansach społecznych i sama na własne życzenie ogranicza swoje życie…

… Później spotykacie się po jakimś czasie i okazuje się, że jej stosunek do Ciebie się zmienił. Pozwala Ci na wszystko i jarasz ją jak sam skurwysyn, bo wie, że ma do czynienia z facetem, który sięga po swoje i gardzi przeszkodami. Nie boisz się oceny innych ludzi.

Ktoś pyta Cię o opinię w szanowanym gronie osób. Twoja opinia jest znacząco różna od tej powszechnie panującej. Zamiast stulić pysk i grzecznie odpowiadać zgodnie z protokołem, wyrywasz się i mówisz dokładnie to, o czym myślisz. Wszyscy są w szoku i konsternacji, mogą Cię nawet wytykać palcem i zastanawiać się, co tu robisz. No, bo co tu robisz? Najprostszą i najbardziej naturalną rzecz. Jesteś sobą samym. I masz swoje opinie, swoje przemyślenia i swoją swobodę ich wyrażania. Kulturalnie schodzisz z mównicy i wracasz do ludzi, z którymi spędzasz czas…

… Po chwili dowiadujesz się, że oni wszyscy również o tym myśleli, tylko bali się tego powiedzieć. Ludzie podchodzą i wymieniają z Tobą uściski dłoni i gratulują odwagi, a Ty sam czujesz, ze zrobiłeś właśnie coś dobrego dla siebie i dla organizacji, w której jesteś. Nie boisz się siebie i swoich poglądów.

Od jakiegoś czasu żyjesz w związku, w którym jesteś nieszczęśliwy. Nic nie dają rozmowy, zamykasz się w sobie podczas kłótni, nie chcesz jej ranić i nie wiesz, co zrobić dalej. W pewnym momencie nie wytrzymujesz i wyrzucasz jej wszystko to, co chodziło Ci po głowie. Na chwilę przestajesz bać się straty i głęboko gardzisz tym, że za chwile nie będzie jej w Twoim życiu. Po kilku dniach od zerwania zdajesz sobie sprawę, że cholernie ciągnęła Cię na dół i nie zasłużyła nawet na to, żeby szorować Twoje buty. Musiałeś tylko na chwilę przestać się bać.

… Po jakimś czasie wchodzisz w nowy, wspaniały związek, który okazuje się być o wiele lepszy od poprzedniego. Czasami, idąc spać, zastanawiasz się, jakby to było, gdybyś tego jednego dnia nie powiedział jej tego wszystkiego, co o niej myślisz. Nie boisz się straty.

Strach społeczny to ułuda, którą pompują Ci od małego, abyś nie był lepszy od nich

Społeczeństwo tak naprawdę nie lubi jednostek wybitnych i niepodporządkowanych, bo te w bezczelny sposób obnażają tępotę i szarość egzystencji statystycznego Kowalskiego. Kto chciałby sam z siebie przyjąć w swoje ramiona osobnika, który przy każdej okazji przypomni nam, że jesteśmy do dupy?

Nie bez kozery najlepsi playboye, ludzie biznesu i prezesi spółek mają głęboko w poważaniu to, co na ich temat myślą szarzy ludzie, inwestorzy i rząd. Nie wierzysz? Zobacz, jak wyraźnie Apple gardzi posiadaczami swoich akcji. Spójrz, jak najlepsi mistrzowie podrywu pokroju Mystery’ego czy Roosha V obchodzą się z kobietami. Oni po prostu realizują swój plan i nie dają się zatrzymać aż do momentu, w którym go nie osiągną. I dlatego, paradoksalnie, są podziwiani, czytani i przytaczani jako przykład przez miliony ludzi na całym świecie. Gdyby od małego poddawali się bezwzględnie normom społecznym, dziś nikt by o nich nie słyszał.

Wszystkie te przejmowania się swoimi zachowaniami i tym, jak odbierze je społeczeństwo jest po prostu tworem mającym na celu założenie Ci tęgiej smyczy na szyję i ustawieniem Cię w szeregu, abyś tylko nie był lepszy od nich. Jest jedno pytanie, które musisz sobie zadać – jesteś psem, czy człowiekiem?

Zapisz się do newslettera!

Dołącz do osób, które regularnie otrzymują ostre i kontrowersyjne treści, które z racji charakteru bloga nie nadają się do publikacji.
Tomek Opublikowane przez:

Jestem Scrum Masterem w branży e-commerce i zarządzam projektami IT dla klientów. Spełniam się też jako handlowiec i front-end developer. Zbieram zegarki, jaram się technologią i nauką (fizyka, astronomia, biologia). Potrafię uwarzyć własne piwo, zrobić sesję zdjęciową i tworzyć muzykę. Prowadziłem kiedyś bloga lifestylowego. Potem przestałem, żeby zacząć zarabiać pieniądze. Spełniłem swój cel i wracam do pisania.