Cechy super-zwycięzców

Całkiem niedawno Paul Graham, założyciel amerykańskiego inkubatora przedsiębiorczości Y-Combinator (który sfinansował m.in. Dropboxa i Airbnb) przedstawił swoją teorię o super-zwycięzcach. Okazuje się bowiem, że z 10 miliardów dolarów całej wartości kapitałowej wszystkich spółek, w które zainwestował, ponad 75% stanowią te dwa przedstawione wyżej serwisy. To właśnie oni – super-zwycięzcy – są oczkiem w głowie, marzeniem i najważniejszym priorytetem wszystkich inwestorów. Inwestycja w zwyczajne, mało ryzykowne „dobre pomysły” traci dziś na znaczeniu. A jak to wygląda w życiu?

Kim jest zatem zwycięzca? To klasyczny człowiek sukcesu. Większość rzeczy, których się tyka przekuwa na sukces. Idealnie odnajduje się w sytuacji i koniunkturze, wykorzystując ją do granic możliwości i osiągając znaczne profity. Wpada na wiele ciekawych pomysłów i realizuje je, zachowując umiar i rozsądek. Słucha przy tym innych i dostosowuje się do ich oczekiwań, aby wyjść na tym jak najlepiej. Dba o swoje bezpieczeństwo i dobrobyt, nie przesadzając z inwestycjami i minimalizując ryzyko. Cieszy się tym co ma i jest świadomy swojej pozycji, konsekwentnie ją poszerzając, ale też zna swoje limity. Stara się jak najlepiej funkcjonować w społeczeństwie, które go otacza.

Kim są zwycięzcy? To szefowie znanych nam firm, które osiągnęły sukces. To wszyscy Ci, którzy zarabiają niezłe pieniądze, podążając przy tym po ślicznie przygotowanym przez społeczeństwo oraz specjalistów od produktów, PR-u, komunikacji i jeszcze innych pierdół. To ludzie, którzy tak dobrze zaadaptowali się do współczesnego świata biznesu i życia, że obracają się w nim jak ryba w wodzie, dzięki czemu zyskują sympatię mas. To ludzie unikający kontrowersji i płynący z prądem. Takim zwycięzcą jest dobry adwokat,

Super-zwycięzca to taki podrasowany samiec alfa. Idzie pod prąd, nie przejmując się opiniami innych. Spełnia swoje marzenia niezależnie od ilości pracy, które trzeba w nie włożyć. Pieprzy koniunkturę i normy społeczne. Głęboko w dupie ma hejterów i ludzi, którzy życzą mu źle – bo wie, że kiedyś z radością zrobią mu laskę tylko po to, aby choć raz na nich spojrzał. Ryzykuje wiele, niejednokrotnie stawiając na szali swoje przetrwanie, ale dzięki temu osiąga upragnione cele i wybija się ponad szary odór przeciętności. Jednocześnie nie wystarcza mu to, co już osiągnął – cały czas rozwija się i poprawia siebie samego tak, aby każdy kolejny dzień przyniósł lepsze życie. Jego pozycja jest bez znaczenia, dopóki nie osiągnie tego, o czym marzy. Nie idzie na kompromisy, mówi, co myśli i nie przejmuje się odrzuceniem. Doskonale wie, jak niewielkie ma szanse na osiągnięcie swojego celu – ale mimo wszystko brnie w to, co dla niego ważne, bo inaczej po prostu nie potrafi.

Przykładem super-zwycięzcy jest chociażby wspomniane Airbnb, które trochę przez przypadek wypowiedziało wojnę tradycyjnym hotelom (a przy tym rządom niektórych państw i Urzędom Skarbowym) i wychodzi na tym coraz lepiej. To Tyler Durden z Fight Clubu, który wykorzystuje życie do granic możliwości i nie liczy się z ryzykiem. To Harvey Specter z Suits, który za swoje metody zostałby wylany z dowolnej firmy prawniczej dbającej o nieskazitelny wizerunek. To Mark Zuckerberg, Bill Gates czy Steve Jobs, Richard Branson, którzy przerwali studia, olali obowiązujące normy, mieszkali na kanapie w beznadziejnych mieszkaniach i garażach oraz stracili społeczny szacunek tylko po to, żeby za kilka lat odzyskać go z nawiązką oraz kilkudziesięcioma miliardami dolarów na koncie. Zmienili świat forsując pomysły, które z początku wydawały się kompletnie poronione. Wszyscy mogli stracić wszystko, stoczyć się do rynsztoka, a nawet umrzeć z głodu i wycieńczenia… Ale zaryzykowali i stali się królami świata. Wywrócili świat biznesu do góry nogami i stworzyli swój prąd, według którego płyną teraz inni.

Zarówno zwycięzcy, jak i super-zwycięzcy są fajnymi ludźmi, którymi chcielibyśmy być. Jednocześnie nie są ani lepsi, ani gorsi. Osiągnęli po prostu swój sukces różnymi drogami i w różny sposób trzepią teraz kapustę i spijają śmietankę z życia. Mimo wielu różnic w podejściu do biznesu jest jednak coś, co ich łączy. Coś, czego większość „zwyczajnych” ludzi zdaje się nie rozumieć.

Załóżmy pewną sytuację. Masz 10 tysięcy złotych oszczędności i świetną możliwość inwestycyjną – możesz zainwestować 8 tysięcy w niesamowity produkt, który z prawdopodobieństwem 95% przyniesie Ci 100% zysku po pół roku. Oznacza to, że przez te 6 miesięcy będziesz musiał utrzymać się z 2 tysiącami złotych w kieszeni, ale zaraz później dostaniesz zastrzyk gotówki w wysokości 16 tysięcy. No, chyba, że coś pójdzie nie tak (5%) i wtedy zostaniesz z niczym. Co byś zrobił?

Jeśli odpowiedziałeś, że zainwestujesz – brawo (chociaż i tak chciałbym to zobaczyć ;>). Niestety, większość ludzi wybrałaby tą drugą opcję. Woleliby zachować te 8 tysięcy i mieć całkowitą pewność i gwarancję, ze ich nie stracą. Woleliby przegrać mało lub w ogóle.

Pal jeszcze licho, jeśli chodzi o pieniądze. Ta złowroga filozofia rozciąga się na całe życie. Nie spróbuję teraz pocałować tej dziewczyny, bo istnieje szansa, że spalę sytuację i już się więcej nie umówimy. Mimo terroryzującego szefa nie zmienię pracy, bo istnieje szansa, że nic nie znajdę (mimo, że jestem poszukiwanym na rynku specjalistą). Nie zacznę prowadzić firmy, bo ZUS, rachunkowość i obsługa prawna urżnie mi ze 7 stów co miesiąc, a ja mogę nie zarobić dostatecznie dużo, żeby to pokryć. Nie będę dziś ćwiczył, bo boli mnie noga i nie chcę, żeby się pogorszyło. I miliard innych beznadziejnych powodów, dla których zamiast być milionerem dalej będę żarł czipsy przed telewizorem i uchlewał się jak świnia z kolegami. Wolę przecież stracić mniej (swojego czasu) i czuć się bezpiecznie ze swoim życiem, niż spróbować zrobić coś niezwykłego, ale co jednak może mnie coś kosztować.

Teraz zadaj sobie pytanie – po cholerę to robisz? Jak dziewczyna Cię nie pocałuje, to chociaż pokażesz, że masz jaja i spróbowałeś – atut, którego brakuje większości facetów na tym świecie. Paradoksalnie może być to podstawą do pocałunku w przyszłości, bo zobaczy, że Twój penis nie jest tylko bytem teoretycznym. Jeśli nie przyjmą Cię do innej pracy po tygodniu, to rusz dupę i postaraj się dwa tygodnie. To naprawdę nie jest takie trudne, jak się wydaje, a przynajmniej podczas poszukiwań nie masz nad sobą wrzeszczącego idioty. Boli Cię noga? Fajnie. Jasne, możesz ją złamać z prawdopodobieństwem nawet… 2%. Czy ten żałośnie niski współczynnik ma sprawić, że nie wyrobisz sobie klaty jak Rambo, bo bolisz się pieprzonego złamania? Pussy. Wreszcie – nie założysz firmy, to się nie dowiesz. Z doświadczenia swojego i zaprzyjaźnionych przedsiębiorców (tak, mam przyjaciół ;>) mogę powiedzieć Ci, że większość prognoz i biznesplanów to takie droższe i bardziej czasochłonne papiery do dupy, który nie wytrzyma pierwszego starcia z rzeczywistością. Nie lepiej już chociaż raz stracić te 7 stów i przekonać się, że to nie jest to? A może jednak zarobisz? A może odpiszesz sobie coś od podatku i wcale nie będzie tak źle? Pies jeden to wie, dopóki nie sprawdzisz.

Ludzie sukcesu znają zasadę „przegrania mało”, ale stosują ją w bardzo ograniczonym zakresie i tych najmniej pewnych i najbardziej ryzykownych decyzji. Cała reszta to parcie naprzód (niezależnie, czy wraz ze społeczeństwem, czy na przekór jemu) i inwestowanie w siebie, otoczenie i ludzi dookoła, aby rozwinąć siebie, swoje wartości i swój biznes.

Tomek Opublikowane przez:

Jestem Scrum Masterem w branży e-commerce i zarządzam projektami IT dla klientów. Spełniam się też jako handlowiec i front-end developer. Zbieram zegarki, jaram się technologią i nauką (fizyka, astronomia, biologia). Potrafię uwarzyć własne piwo, zrobić sesję zdjęciową i tworzyć muzykę. Prowadziłem kiedyś bloga lifestylowego. Potem przestałem, żeby zacząć zarabiać pieniądze. Spełniłem swój cel i wracam do pisania.